O sierocińcu nie wiem zbyt duzo. Wiem tylko, ze tam musi byc ktos naprawde silny, bo praktycznie cala okolica jest pod jego wplywem. Mam w tamtej okolicy informatora, ale on chyba nie zyje, bo nie mozna sie z nim od wczoraj skontaktowac.
W dokach pojawil sie jakis niezidentyfikowany statek pasazerski. Moze z niego nalezy sie spodziewac niebezpieczenstwa? Przeciez tam nas zaatakowali. Moze to baza sabatu, albo cos w tym stylu.
W miare jak mowi nabiera coraz wiekszej pewnosci siebie. Widac slowa Kryspina, ktory do niego przemowil, poskutkowaly bardzo dobrze.
- Jesli jednak chcecie isc do tego sierocinca to nie mam nic przeciwko. Chetnie zadzwonie po reszte ekipy i wam pomozemy.
Posty: 634 Skąd: Where the wild roses grow GG: 7074965 Płeć: Mężczyzna
Artham
Dziewczynka dużo nie rozumiała, było jej zimno, nie śmiała spoglądać na twarze zebranych. Zapeszyła na całej lini, czuła się jak pies na smyczy. Gdy usłyszała słowa Lady Black zadrżała z zimna, a może jednak nie chłód wywołał gęsią skórkę. Przełknęła ślinę, bolały ją oczy od wilgoci, chyba dawno nie siedziała w takim gównie.
W każdym razie jeśli Lady Black miała zamiar zażartować ironicznie... pod żadnym względem Artham nie było do śmiechu.
-I ja pójdę. Kazda pomoc może okazać się niezbędna. Jeśli nie chcemy stracić okazji, powinniśmy się spieszyć-kolejny raz ostre, lodowate podmuchy targnely zebranymi
- więc idziemy wszyscy. dzieciaka też zabieramy. przy okazji, czemu ciągasz ze sobą dopiero co przeistoczonego wampira. zabiłaś jego ojca i jest ci żal czy jak? zresztą nie ważne. nie jest zagrożeniem. jest tu nas wystarczająca ilość panie Fedel. jeszcze kilkoro i będzie to zmasowany atak a nie o to nam chodzi. jednak pańscy znajomi mogą się przydać. myślę żę sierociniec nie rozwiąże naszych problemów. postawi jedynie masę nowych pytań, ale może da kilka odpowiedzi. w efekcie i tak trzeba będzie wytropić i unicestwić Braci. Domyślam się że to klan nosferatu. na początek powinniśmy rozwiązać sprawę z lotniskiem i hotelem. proszę wysłać tam ludzi - skierował sie w stronę Laurenta - i dowiedzieć się czego się da, jednak pod żadnym pozorem nie wychylać się. to ma być tylko zwiad. jeśli komuś uda się skontaktować z lupinami to może zdobędziemy niewielką przewagę.
Corona zastanowił sie chwilę
-przekaże wskazówki moim ludziom i możemy jechać. niestety będę pozbawiony środka transportu więc liczę na któregoś z was.
po tych słowach odszedł w stronę fontanny i po paru chwilach wrócił. silny wiatr zagłuszał rozmowę wiec ciężko było dosłyszeć o czym rozmawiał przy fontannie. po chwili był z powrotem.
Popatrzyła na Artham i lekko się uśmiechnęła, strużka wody znowu popłynęła po jej bladej skórze. Bez słowa ruszyła za Kryspinem.
- Panie Vincent - zrobiła małą pauzę aby zwrócić na siebie jego uwagę - Nie wiem co pan planuje, ale mógły być pan z nami szczery. Czyżby pan już od dawna "wiedział"? - Pozatym - szła nadal w kierunku samochodu - Wypraszam sobie uwagi na temat moich postępowań, bynajmniej to dziecko nie jest dopiero co przeistoczone! Przyjrzyj się Vincencie uważnie! I powiedz co widzisz! - na chwilę zatrzymała się aby Artham przestawić przed siebie. Poczuła jak ciało dziecka wstrząsnął dreszcz.
Vincent zatrzymał się błyskawicznie odwrócił się i zrobił krok do tyłu. Na jego twarzy pojawiło się skupienie. Całą swoją uwagę skupił najpierw na Lady Black a następnie na małej dziewczynce.
- Jak to? Przecież widzę!
Był wyraźnie podenerwowany, jakby cos czego był całkowicie pewien nie zgadzało się. Widać było ze zaczyna zachowywać się nerwowo.
- Nie lubię takich sytuacji, co tu się dzieje.
Nagle niewiadomo skąd w jego ręce pojawił się dziwny nóż. Chwilę później po policzku dziewczynki spływała stróżka krwi, mała powoli osuwała się na ziemię jednak nadal była przytomna. Corona potarł ręką o policzek i posmakował krwi. Im dłużej tak robił tum bardzie jego cera bladła i tym bardziej wyraz zaskoczenia zmieniał się w przerażenie.
Gdy tylko domyśliła się, co zamierza Corrona, świat wokół zwolnił. Zdąrzyła złapać Vinceta za rękę i dopiero wtedy pozwoliła mu zrobić jej ranę w taki sposób aby Artham poczuła jaknajmniejszy ból, nie na twarzy lecz na jej nadgarstku.
mimo to krew pojawiła się na jej tważy. Corona spojżał Starszego z wyraźną złością. gdy broń zaczęła zbliżać się do nadgarstka dziewczynki dłoń rozluźniła się i sztylet wylądował na ścieżce odbijając się z metalicznym dzwiękiem od kamieni.
- Co ty robisz?! - dałosie słyszeć syknięcie Corrony. i wrócił do badań.
- Nie bój się - rozbrzmiało w myślach dziewczynki.
Wampirzyca zwzięła ją na ręce i nie czekała, aż Vincent zinterpretuje smak krwi. Szybkim krokiem szła do samochodu. Pogoda była paskudna a Artham zbyt blada.
Zaskoczony patrzy na dziejaca sie kolo niego scene.
Corrona chce zaatakowac jakies dziecko. Po cholere on to robi?
Przeciez ta dziewczynka nie ma z nim zadnych szans.
Kiedy zobaczyl jak zbladl po sprobowaniu krwi zaczyna sie domyslac, ze Artham nie jast zwyklym wampirem, musi byc bardzo stara.
No dobra koniec przedstawienia idziemy do samochodu.
Spoglada na Corrone.
Tylko mi sie nie zabijcie po drodze
Wsiada do auta i czeka na reszte.
- muszę to sprawdzić. nieprawdopodobne. nie sądziłem że to prawda. nie sądziłem że takie wampiry istnieją. nie miałem pojęcia ze nadejdzie ten dzień tak szybko. bracia mogą być znakiem, nieprawdopodobne!!! muszę to sprawdzić.
całą drogę do samochodu corrona był jakby nieobecny. ciągle coś do siebie mruczał. w pewnym momencie jadąc samochodem Corona jakby się budzi rozgląda się dookoła i mówi podekscytowanym głosem
- oczywiście, czemu wcześniej na to nie wpadłem!
rozpina płaszcze, przejeżdża palcami po guzikach i zatrzymuje się na jednym. zaczyna go obracać to w jedną to w drugą stronę mrucząc jakieś imię. coś mówi chyba w jakimś języku. przypomina to rosyjski. tak spędza resztę podróży. nie daje sobie przerwać. jest nieobecny do końca drogi. gdy samochód zatrzymuje się i wszyscy zaczynają wysiadać. budzi się i wysiada z pozostałymi.
- a więc to jest ten sierociniec? trochę tu strasznie.
-Ja też jestem tutaj pierwszy raz, choć tropchę o tym miejscu słyszalem-powoli zaczyna doladowywac sie krwia-Trzeba będzie zachować cholerną ostrożność. nie wiemy co tu siedzi, i kto ewentualnego "goscia" pilnuje
Gdy dojechali na miejsce, Lady Black tak jak inni wysiadła z samochodu. Sierociniec pięknie wyglądał skąpany w strugach deszczu i wampirzyca chwile zapatrzyła się na ten przepiękny widok.
- Kryspinie, czy twój kierowca może zadbać o "bezpieczeństo" Artham? Nie chciałabym aby wróciła do Sabatu, ani też aby coś się jej stało przypadkiem - uśmiechnęła się mówiąc te słowa patrzyła na wystraszoną duszyczkę siedzącą w samochodzie.
Lekko zamyśliła się patrząc na Vincenta, ale nic nie powiedziała.
Podeszła do żelaznej kutej bramy zapraszająco uchylonej kucnęła wyciągając ku nich swoje kościste dłonie. Chwyciła za zimny metal, zamknęła oczy i skupiła się na pojawiających się obrazach, starała wyłapać najciekawsze momenty.
Wysiada z samochodu. Uwaznie rozglada sie dookola. Widok ktory widzi przed oczyma bardzo mu sie podoba, zapomniana dzielnica. Wydaje sie, ze nikogo nie ma w poblizu.
Putain! Swietne miejsce na mieszkanie. Calkiem mi sie tu podoba. Tylko, szkoda, ze te dzieciaki sa w poblizu. One pewnie sa w stanie wszedzie dotrzec. Trzeba by miec solidne drzwi, zeby przypadkiem nikt sie tu w dzien nie przypaletal.
Podchodzi do bramy, czeka az Lady Black skonczy ja badac.
Schyla sie i zaczyna czyscic buty. Kiedy konczy, jego czarne glany pieknie blyszcza, wilgotne od padajacego deszczu. Nie podnoszac sie mowi:
-Zawsze jest sie czego bać-zwraca sie do Iriny-Jesteś pewna, że lepiej ją odesłać?wydaje polecenie ghoulowiaby jezdzil z dziewczynka po okolicy, ale tak, zeby nie zwrocic niczyjej uwagi
- Nie.- nagle daj esie słyszeć głos corrony. mala powinna iśc z nami. myslę że moze sie przydać. jeśli dojdzie do spotkania i walki i jeśli ten wampir jest tak stary jak nam sie wydaje może sie zawachać chociaż przez chwilę. moze to nam bardzo pomóc.
chwila zastanowienia
a może również zupełnie nic nie zmienić.
uśmiechnał sie i przeszedł przez bramę rozglądając się na boki
Posty: 634 Skąd: Where the wild roses grow GG: 7074965 Płeć: Mężczyzna
Artham
Miała chwilę dla siebie, starała się wyśledzić wszelkie szczegóły, by zapamiętać droge powrotną. Trzeba by było skontaktować się z panem, mineło sporo czasu od ich ostatniego widzenia. Chyba wystarczająco daleko zaszła by nie dać się zabić, ani przekabacić.
Trzymając się za ramiona masłowała opuszki palców lewej dłoni delikatnie stukając w łokieć prawej, mało znaczący gest jednak niechybnie oznaczało to silną pracę umysłową Artham.
...telefon...
coś ci mówi że telefon musi być w środku, zdaje się że widziałas stare linie telefoniczne gdzieś nad murami otaczającymi siedzibę
W takim razie wybierasz się z nami, mała-powiedzial, po czym uwaznie obserwujac otoczenie przechodzi przez brame, kierujac sie do wejscia. jego oczy rejestruja najmniejszy nawet ruch(nadwrazliwosc)
nagle ze stłumonym krzykiem Black odskakuje do tyłu lądując w małej zaspie śniegu. widać na jej tważy, chyba wściekłość. jednak szybko mija. daje się tylko słyszeć cichy jednak pewny siebie głos
- Lupini
Corrona jakby nie usłyszał. zresztą już był w środku, jeszcze chwila i zniknie wam z oczu za zasłoną coraż gęściej padającego ŚNIEGU.
Chodźcie. Lepiej się nie rozdzielać-wbiega za Corroną. sertce bije mocno i szybko, jak zadko kiedy, pompujac krew i adrenaline. oby nie doszlo do tego, czego sie obawia...