"Tak. znów to samo. kolejny raz ktoś przeszkadza mi zwyczajnie obserwować, mam już tego dość!"
Posiadłość wydaje sie opuszczona i zarazem wyjątkowo spokojna. wszędzie jak okiem sięgnąć jeży śnieg. wszystko pokryte jest wysoką czapą białego puchu. wygląda to nawet przytulnie. nie widać żadnych śladów. za murami jest trochę ciemno. widać cienie budynków i samotne drzewa stojące w parku. gdzieś w oddali czai się ukryta za krzakami altanka. wchodzicie do środka niszcząc iluzję spokoju i ciszy. za murami odgłosy miasta jakby nienaturalnie milkną, wygłuszają się.
- przeraźliwe skrzypnięcie bramy - wiatr.
- trzask okna i odgłos tłuczonego szkła - wiatr?
- westchnięcie. Jakby znużonej i poirytowanej istoty - wiatr?!
- chodźcie. Na pewno wszystko jest w porządku. na moje oko to tylko kupa kamieni przysypana śniegiem - Głos Corrony przeplatany było donośny świstem wiatru który właśnie się wzmógł.
Ostatnio zmieniony przez Maczek dnia Pią Paź 27, 2006 11:59 am, w całości zmieniany 1 raz
Oderwała swe dłonie od bramy.
- Lupini... byli tu, czułam ich wściekłość.
Gdy podniosła się ze śniegu usłyszała jak Fedel coś mówił.
- Fedel z łaski twojej zamknij się bo jak nie Corrona przyłoży ci w pysk to dostaniesz ode mnie! Weź Artham za habety i to już i za nami! - wydała rozkaz w kierunku lekko zdezorientowanego Kainity, w jej głosie niestety było coś więcej niż tylko zwykły rozkaz.
Lady Black zignorowała rzednącą minę Fedela i lekkim biegiem ruszyła do wejścia.
- Vincent, proszę nie ignoruj wszystkiego nawet jeśli wydaje ci się, że to tylko kupa kamieni.
- Dla niego jesteśmy tym czym dla nas Fedel - Bandą nieokrzesanych głupców - powiedziała to tak aby młody Anarchista nie mógł usłyszeć.
Corona najwyraźniej był w dobrym humorze, wyglądał jakby wstąpiło w niego nowe życie. był chyba nawet lekko rozmarzony.
- A czego moja kochana tacy jak my czy on boimy się najbardziej? właśnie takich młodych narwanych i całkowicie nierozważnych a co za tym idzie zupełnie nieprzewidywalnych młodych takich jak Fedel!
Co mówiąc szedł alejką, lub czymś co mogło być alejką, w stronę głównego budynku przed którym ta większa kupa śniegu mogła by być np przysypanym samochodem z pakunkami na dachu. nagle Corona zatrzymał się odwrócił sie do Lady Black jednak spojrzał na coś co znajdował się za nią. na małą dziewczynkę, która niepewnie mijała właśnie bramę.
- a szczególnie takich jak ona. powiedział jakby trochę do siebie. co z ledwością usłyszała tylko Lady Black i Kryspin.
Postał tak jeszcze chwilę i pozwolił sie dogonić pozostałym po czym ruszył znów w stronę schodów. podpierając się wesoło swoją laską z błyszczącą metalową główką z dziwnymi lekko świecącymi symbolami.
-Strasznie tu wieje, nie sądzicie?
Ostatnio zmieniony przez Maczek dnia Pią Paź 27, 2006 12:01 pm, w całości zmieniany 1 raz
-Byli czy są-rzucil w strone Lady, po czym zwrocil sie do Corrony-W niektórych miejscach zawsze wieje-po czym dodal pod nosem- Jak i w obecności niektórych...uwaznie sie rozgladajac przygotowuje sie na wszystko...
Corrona szedł pewni w stronę schodów. rozglądał się dookoła tak jakby był właśnie na wycieczce krajoznawczej. właśnie oglądał sobie drzewko które mijał gdy zachwiał sie i zniknął w śniegu. zapadła martwa cisza i po chwili dało sie słyszeć...
-Są!
najpierw pojawiła sie głowa następnie ze śniegu wygramoliła sie reszta ciała korony. jak na razie w jednym kawałku. wstał otrzepał się ze śniegu. cały czas patrzył na ziemię. schylił sie i podniósł za rękę ciało jakiegoś człowieka. cały zakrwawiony. czerwona ciecz zastygła niemal na każdym skrawku jego ciała. ubranie nie jest zbyt mocno uszkodzone. widac zaledwie kilka cieć. jednak bardzo głębokich. musiały byc to naprawdę poważne rany.
Corrona odrzucił ciało w pobliże drzewa i rozejrzał sie po placyku na jakim właśnie się znajdował. był całkowicie pokryty śniegiem do wysokości kolan.
Wampirzyca zamilkła. Szła za Vincentem skupiona na wszytskim co dzieje się do okoła. Była czujna i ostrożna.
Świadomie spychana na dalszy plan myśl o antycznym mieczu, wyrywała się na pierwszy plan w jej umyśle.
- Gdzież on może być? - zastanawiała się powoli zbliżając się do głównego wejścia do Sierocińca.
Wtem przypomniała sobie o grupie młodych Anarchistów węszących w tym terenie kilka tygodni temu. Zniknęli - Bolt, Lucie i Malkolm. Skupiła się na Jackie Finch, intensywnie zaczęłe przywoływać w swej pamięci jej obraz.
- Chodź do mnie, Jackie - dało się słyszeć szept, słowa wycedzone przez wysuwające się bez pamięci kły Lady Black.
Posty: 634 Skąd: Where the wild roses grow GG: 7074965 Płeć: Mężczyzna
Artham
Dziewczyna oglądała spodełba okolicę, widać że była rozkojażona, nie skupiała sie na niczym prócz pleneru. Jej dłonie ciągle latały, silny wiatr szumiał jej w uszach, co jakiś czas chuchała na dłonie. Oczekując chwili osobności.
slyszac slowa Vincetna, zaczal sie nerwowo rozgladac. mysli pedzily jak oszalale podsuwajac umyslowi niezliczone scenariusze. gdyby bylo to mozliwe, zapewne spocilby sie. widac po nim zdenerwowanie. nie wiadomo jednak, co tak na niego zadzialalo. ktora kwestia wypowiedziana przez starszego. oczy przeobrazily sie nieco. pionowe zrenice przecinaja teczowke rejestrujac niezauwazalne nawet zmiany(felis).dawno nie byl w takim stanie...
zbliżacie się coraz bardziej do drzwi. po koleii wchodzicie na placyk. okazuje się że nie ma możliwości nie nadepnąc na jekieś ciało. ledwo nawet widac kogo się depcze. co jakiś czas tylko śniegu jest mniej i trochę się go obsypie aby odkryć więcej. i tak sie właśnie szczesliwie stało dla Lady Black. potknęła sie z gracją o kolejne ciało. i ujżała wykrzywioną nienaturalnie tważ małej lucie. odskoczyła trochę w bok i ujżała zmasakrowane i częściowo rozczłonkowane ciało... Jackie!!!
Posty: 634 Skąd: Where the wild roses grow GG: 7074965 Płeć: Mężczyzna
Artham
Idąc z opiekunką, natknęła się na coś miękkiego pod stopami, odruchowo zerknęła w dół... pisnęła na wstępie po czym szybko zasłoniła usta, po chwili oczy dłońmi. Fakt ten wyrwał ją natychmiast ze swoistego transu w jaki często się wprowadza.
Szybszy oddech świadczył o jej faktycznym przerażeniu.
Nie na jej nerwy takie widoki...
// dobra kochani. idzie to coraz gorzej, więc kończmy to. proponuje zakończenie z jakimś hukiem. dlatego najlepszym rozwiązaniem jak to podają we wszystkich :cudownych: scenariuszach jest finałowa walka w której giną WSZYSCY. A więc:
Corrona zatrzymuje się przy samochodzie. wygląda na bardzo zirytowanego. chyba potknął się kolejny raz za dużo. zaczyna się rozglądać uważnie dookoła. jego drogi płaszcza coraz mocniej powiewa na wietrze. Wampir kilka razy uderzył w szybę samochodu swoją laską. dało się słyszeć dźwięk tłuczonego szkła. wiatr mocno się wzmaga. do tej pory pogoda była denerwująca ale teraz staje się niebezpieczna. siła wiatru ciągle rożnie. powoli problemem staje się utrzymanie na nogach. nagle momentalnie wiatr zaczął porywać do góry cały śnieg jaki znajduje się na placu. w sekundę widoczność spadła do zera. i znów tak samo szybko jak to wszystko się zaczęło wiatr ustał rozrzucając śnieg na wszystkie strony i odsłaniając prawdę o wydarzeniach jakie musiały mięć miejsce zaledwie kilka godzin temu w tym przeklętym miejscu.
Dookoła widzicie dziesiątki rozszarpanych ciał. Wszystko to są ludzie. Wszędzie widoczne są ślady walki tytanów. Ślady pazurów i ciosów o potwornej sile. Najwyraźniej wilkołaki przypuściły atak tuż przed zmrokiem. Spora część poległa też na schodach. Najwyraźniej udało im się wedrzeć do środka. Jednak drzwi są zamknięte.
Gdy przyglądacie się bardziej niektórzy z was zauważają drobne przedmiotu należące do wampirów które zaginęły kilka tygodni temu. Mała Lucie nosferatka, Malcolm Rhyme malkawian, Jackie Finch Torreado.
Resztki ciała Malcolma i jego ubranie leżą niedaleko Lady Black. Otoczone stosem poległych. Jego samego przykrywa ciało zwalistego człowieka. Zdaje się że spod tego stosu wystaje klinga jakiegoś starego i mocno zniszczonego miecza.
podchodzi do ciala i wyszarpuje brutalnie ostrze. przyglada mu sie. mial w swoim niezyciu wiele do czynienia z bronia, jednak to nie kojarzy mu sie z niczym, co zna. z niczym, co pamieta. pytajacym spojrzeniem zerka na Irine...
zaczyna sie z nim cos dziac. jego cialo powoli zmienia sie. skora peka miejscami, a z tych pekniec pokazuje sie futro, luski, wszystko pokryte sliska, oleista substancja. wokol zaczyna rozchodzic sie odor zgnilizny, smierci i czegos jeszcze, ciezko okreslic. sylwetka powoli zaczyna niemiescic sie w ubraniu ktore je otula. pekaja szwy. 7.. 8.. 9 stóp.
nienaturalnie dlugie ramiona siegaja prawie do ziemi, niesamowicie potezne. szpony, ktore zaczynaja z nich wyrastac moglyby uchodzic za sztylety, gdyby nie ich ksztalt i niesamowita niesymetrycznosc. tulow rozrasta sie. tors znacza kepy futra. z otwartych ran saczy sie . calosc ogladanego przedstawienia jest obrzydliwa. jednak jest to niczym w porownaniu ze zmianami, jakie zaszly na niegdysiejszej twarzy. ciezko rozpoznac tam cokolwiek innego niz tylko leb. leb potwora, ktory napawal lekiem jeszcze za czasow gdy ludzie wierzyli w magye, w czasach starych bostw. ogromna szczeka, ktora bylaby w stanie przepolowic czlowieka szczerzy sie ukazujac cala swoja zawartosc. zadko kiedy mozna zobaczyc tyle zebow na raz. tuz nad nia osadzona jest karykatura nosa. nierowne nosdrza wraz z wyciekajaca z nich wydzielina...
Na twarzy wampirzycy malował się teraz posępny wzrok. To co tu sie wydarzyło z powodzeniem nazwać można było masakrą.
Gdy tuz obok jej buta natrafiła na Miecz, oniemiała. Leżał tak poprostu i czekał tylko na nią.
- A wiec to prawda - zamysliła się - sabatnik miał racje - rozejrzała się do okoła czujnie.
Kryspin wyręczył ją jednak i pierwszy podnósł Go. Zauważyc musiał błysk w jej oczach i swoistą niepewność oraz podniecenie pomieszaną z obawą.
Gdy jednak Kryspin zaczął zmieniać swoją postać Lady Black ze spokojem wyjęła Miecz z jego dłoni.
- Nie nadajesz się do walki, ale i tak ciesze się, że cię znalazłam - wyszeptała z miłoscią niemalże do Miecza i ze zdziwieniem odsunęła się od zmieniającego się w Potwora Kryspina.
Sporo czasu minęło odkąd wiedzieli się ostatnio i teraz Lady Black uświadomiła sobie, że przecież zginą tu ...
... a może nie?
Przywołała pierwszego lepszego śmiertelnika przebywającego niedaleko. Po chwili pojawił się w bramie i zaczął biec ku niej, więc wyszła mu na powitanie.
- Chodź tu, mój drogi - zwracała jego uwagę na siebie, aby zbytnio nie przyglądał się otoczeniu. Męzczyzna był już po trzydziestce i widać było, że tylko na chwilkę wybiegł z domu po najpotrzebniejsze zakupy. W torbie mial nic innego jak jedzenie śmiertelników. Los był okrutny - teraz to on był pożywieniem. Wbiła w niego kły bez żadnej namietności i zaciskając mu usta trzymała mocno i piła... piła, aż padł. Otarła usta.
- Może uda nam się powstrzymać to zło, które zalęgło się tam i z pewnością uratujemy więcej istnień niż ten jeden poświęcony - pomyślała patrząc na Sierociniec.
Pogłaskała miecz i szybkim krokiem podeszła do Corrony.
- Wchodzimy!
Nikt nie wie co się stało później. nikt nie wie co się stało z tymi co weszli. jedyne co wiadomo to, że problem się skończył.
hmm to zbyt delikatnie powiedziane. problem zniknął, dosłownie zniknął. gorzej że wampiry z tego miasta też. wszystkie. może nie od razu, jednak powoli jeden po drugim odchodzili lub znikali jeśli byli zbyt głupi czy odważni aby zostać. w tym mieście świat spokrewnionych się zakończył. nie ma już Camarilli, nie ma już Sabatu, nie ma Inconu, nie ma też nikogo kto miałby ochotę i czas uganiać się za zapomnianą legendą o wampirach.
Podobno został znaleziony antyczny miecz, którego przeznaczeniem jest zniszczenie rasy wampirów, podobno wampiry które przetrwały zostały zarażone okrutną chorobą która niszczy spokrewnionych, podobno zostało odnalezione dziecko apokalipsy które niesie wieść o końcu świata. A może zwyczajnie starszy Nosferatu zapragnął jedynie godnie zakończyć swój żywot i wezwał swoich braci aby się z nimi pożegnać. Nikt tak naprawdę nie wie co się stało może wszystkie te rzeczy na raz a może żadna z nich. Prawda nigdy nie zostanie odkryta. Czasem z różnych rejonów świata docierają pogłoski o przedziwnym mieczu w rękach pięknej Torreador z dziwnymi bliznami na rękach, czasami ktoś usłyszy o Tremerze który szuka śladów Kaina i ze smutkiem opowiada historie o trzech braciach. Bywa że ktoś spotka bardzo starego wampira otoczonego zgrają kotów, który z nikim nie rozmawia. Podobno jest na czarnej liście najbardziej niebezpiecznych wampirów. Najbardziej jednak niewiarygodne są opowieści o dziecku które otacza aura przypadków i wydarzeń. Gdziekolwiek się uda od razu wybuchają wojny i wampiry wyniszczają się nawzajem pozostawiając miasto niemal wyczyszczone z wampirów.
Ciekawe. Może faktycznie zbliża się koniec. Może lepiej go przespać.
Dziękuje za grę wszystkim a w szczególności Maczkowi.
Dziękuję ci też za wytrwałość i za te wszytskie pomysły.
Pierwszy raz w ogólnej mojej przygodzie w WoDem miałam przyjemność grać tak potężną postacią i muszę przyznać, że naprawdę jest trudno, ale jednocześnie bardzo przyjemnie
Pozdrawiam i polecam wszystkim zagranie takim lub podobnym wątkiem w zaciszu swoich domostw