Posty: 1067 Skąd: z Różowej Zatoki Płeć: Mężczyzna
Imię: Balidha
Rasa: "K***a, kanarek!" - jak to rzekł Don Brutto.
Wielką salę wspaniałej niegdyś warowni wypełnił przeciągły jęk, po nim kolejny odgłos okrutnych katuszy popsuł idealną niemal ciszę. Niebawem jednak nadeszło poczucie lekkości i ulgii. Groyda puścił soczystego pierda.
„Nigdy więcej już bigosu z tej przeklętej, gnomiej rzepy!” – westchnął ciężko, po czym niezgrabnie podniósł się z wielkiego tronu. Był w pomieszczeniu sam, słychać było jedynie świst wiatru pędzącego przez puste komnaty. Minotaur skierował swe kroki na taras – rozpadający się fragment konstrukcji, która była kiedyś wielkim parkietem na otwartym powietrzu. Zmienił się, i to mocno, od czasów swej największej chwały. Jeden róg miał do połowy obcięty, a raczej odrąbany. Rozcięte nozdrze, naderwane ucho i sczerniałe od brudu, krwi i starości futro dopełniało jego uroku. Kto pamiętał dawnego Groydę, nie mógł też nie zauważyć pokaźnego brzucha, jakże groteskowo wyglądającego u takiej istoty. Jego kończyny były nieproporcjonalnie szerokie w stosunku do ich długości. Jakiś bogobojny postronny, mógłby go wręcz uznać za demona lub coś jeszcze gorszego. Cóż, w końcu jego ranga zobowiązuje go do podobnego wyglądu.
Dotarłszy na taras, Groyda omiótł wzrokiem dziedziniec twierdzy – banda goblinów właśnie ubijała jakiegoś konia, ogry zebrały się przed stajnią i zawzięcie gestykulując przekrzykiwały się jeden przez drugiego, kilku orczych treserów właśnie wynurzało się z czeluści, gdzie hodowano bazyliszki zaś nieokiełznana banda złożona z niziołków, koboldów i innego plugastwa drwiła niemiłosiernie z zalanego w sztok Ulwyhra, wzgórzowego giganta, wypełniającego swą sylwetką pokaźną dziurę w murze. „No, nie ma to jak armia zawodowa!” rzucił byk i po dokonaniu tej wielce wyczerpującej inspekcji zawrócił do środka. W tym momencie cała warownia zadrżała w posadach, kilka kolumn podtrzymujących strop wyraziło dosadny sprzeciw takiemu traktowaniu. Rozległ się dźwięk rogu i i oddalonych, głuchych eksplozji. Po chwili, najwyższe piętra twierdzy granicznej ugięły się pod naporem salwy i zawaliły się, tym samym spuszczając lawinę gruzu na dziedziniec.
„Tak jak przypuszczaliśmy, komandorze” - powiedział starszy kanonier - „Banda Groydy była kompletnie nieprzygotowana na jakąkolwiek formę obrony. Oficerowie z bombowców „Trotyl” i „Rębajło” również meldują o rozmiarach szkód: cała wyższa partia fortecy została zniszczona, trwa ostrzał głównych fortyfikacji. Śmiemy przypuszczać, że poplecznicy łotra, jak i sam Groyda nie stanowią już zagrożenia.” Krasnoludzki dowódca sterowca artyleryjskiego „Admant” pogładził się po brodzie: „Wszystko pięknie, niby. Szkoda trochę tej warowni, lecz stanowi zbyt wielkie zagrożenie dla ziem naszych i naszych sojuszników. Szczególnie od kiedy ta parszywa zbieranina przejęła ją i się w niej zadomowiła. Podobno szło im na tyle dobrze, że bez naszych cudeniek „ – wskazał na rzędy potężnych kolubryn – „ nie potrafilibyście sobie z nimi poradzić?” – Komandor posłał złośliwy uśmiech stojącemu opodal elfowi, który z widocznym niesmakiem oglądał widowisko. „To, że posłaliśmy po was, wcale nie znaczy, że owa banda przerasta siły Sojuszu. Zresztą, nie stanowili jakiegoś wyraźnego zagrożenia – wręcz przeciwnie, byli nawet użyteczni. Jak wiesz, w zamian za prymitywne, materialne nagrody wypełnili kilka istotnych misji, kluczowych dla rozszerzenia terenów Sojuszu. Czasem splądrowali jakąś niewinną wieś, lecz ten „łotr”, jak to go nazwałeś, potrafił ich przywrócić do porządku. Po prostu nie są już nam potrzebni, a ich wyczyny mogłyby zaszkodzić dobremu imieniu naszego przymierza.” - Odparł z wyraźną irytacją spiczastouchy. Krasnolud dał rozkaz do desantu. „Hm, może i z chęcią widziałbym tych w dole jako trupy , którymi i tak pewnie już są, ale postepowania Sojuszu nie można zaliczyć do heroicznych...” Elf rzucił tylko krótkie: „Co z tego?”
Młody minotaur wygrzebał się spod gruzów . Nie był tak wielki jak jego ojciec, i pewnie taki nie będzie. Jego futro miało barwę jasnego brązu, w promieniach słońca, wyglądało niemal jak miedź. Był dobrze zbudowany, atrakcyjny jak na swą rasę i miał , o dziwo, całkiem sympatyczny wyraz pyska, kiedy się uśmiechał. Lecz bynajmniej nie było mu teraz do smiechu. Słyszał nawoływania, lecz w nieznanym mu, dziwnie melodyjnym języku. Cały dziedziniec był pokryty zwłokami jego kamratów. Niedobitki pędziły w stronę ocalałych fortyfikacji.Nagle ktoś zaczął szarpać go za rękę. „Wstawaj, smarku, bo mnie twój stary ze skóry obedrze!” Byk, nadal słabo kontaktując, spojrzał na właściciela głosu. Ujrzał jedną z najpaskudniejszych gęb tego świata, zionącą gorzałą i dymem z cygar. Był to Don Brutto, jego tchórzliwa i cwana niania, obarczoną klątwą – opieką nad dzieciakiem przywódcy jednej z największych band jaka kiedykolwiek przemierzała stepy. Wielkim , narwanym, dzieciakiem. „Gnojku, bierz dupę w troki bo zaraz będziemy mieli gości, co to raczej nie dają prezentów (a jak już to niemiłe...). Co prawda nasz poczciwy Groyda (tfu!) pewnie już gryzie kwiatki od spodu (och, to byłoby wspaniałe!) , ale znam go na tyle długo, by wiedzieć, że to kawał skurwysyna i będzie mnie prześladował nawet zza grobu (czym ja zawiniłem bogom?). A teraz szybko!” Z trudem poderwawszy się na nogi, młodzik poszedł posłusznie za swoim opiekunem. Zniknąwszy w czeluściach lochów, których nawet zmasowana salwa całej floty krasnoludzkich okrętów nie mogłaby naruszyć, usłyszeli tylko gardłowe, krasnoludzkie okrzyki za swoimi plecami. Na górze, zaczęła się walka.
Nasi bohaterowie wyszli jednym z wielu tajnych przejść (o których pewnie Groyda nawet nie miał pojęcia – a Don Brutto wręcz przeciwnie) poza terenem fortecy, zebrawszy po drodze drużynę złożoną z gnoma-kuchty, kilku orczych strażników i jak zwykle dzielnych niziołków (które podobno wycofały się do lochów po zabiciu trzech tuzinów krasnoludów, dwóch tuzinów elfów, zniszczeniu jednego sterowca i ogromnego demona. Owym ogromnym demonem okazał się potem dowódca koboldów, który znienacka wyskoczył z okrzykiem, że mają wracać na powierzchnię i walczyć. Na swoje nieszczęście, jego pojawienie się było trochę zbyt niespodziewane dla psychiki dzielnych pokurczy, co zaowocowało bliżej nieokreśloną liczbą bełtów i czterama ciosami nożem – tzn. cztery ciosy od każdego niziołka.). Oszołomiony minotaur nie chciał zostawić ojca za żadną cenę, jednak Don Brutto dzięki odrobinie sugestii (i pachnącego pokrzywą proszku) zaszczepił mu przekonanie że Groyda właśnie bawi się w najlepsze i nie chce, by mu przeszkadzano. Nie sprecyzował, co miał na myśli.
Niestety wokół skalistych wzgórz, na których znajdowała się warownia (Don Brutto nigdy nie doszedł do tego, co za ***** postawił tu komnaty godne szlachetnie urodzonych i chociażby sam odkryty parkiet. W pobliżu nie było nawet traktu!) rozpościerały się stepy, byliby więc raczej łatwym do namierzenia celem. Nie mogli szukać schronienia w występach skalnych , bowiem intruzi już pewnie odkryli podziemia i większość ich funkcji (stado niziołków, orków, minotaur, gnom i ogr, po pierwsze, nie zamykali po sobie drzwi; po drugie, nie zacierali śladów). I tu z ratunkiem przyszły nasze dzielne pokurcze, które stworzyły intrygujący, lecz jak to podsumował Don Brutto „****** **** ******** ****** plan” . Mianowicie – uciec tak, jak przybyli agresorzy.
Wspólny atak na najmniejszy zacumowany sterowiec i szybka eksterminacja załogi (i tu znów pomogły niziołki, bowiem mocno obniżyły morale krasnoludzkiej, i tak niezbyt licznej załogi – „Niziołek na pokładzie przynosi pecha i ściąga pioruny, a co dopiero cała banda, komandorze!”) Po wzięciu kilku zakładników i krótkim instruktażu jak działa taka machina, dzielna załoga (choć już nieco przetrzebiona) ruszyła ku chmurom – dzięki temu, że sterowiec nie miał wielkiego obicążenia, udało się szybo ulotnić i zgubić pościg. Przynajmniej na razie.
Młody minotaur wielkimi oczami wpatrywał się w ziemię poniżej. „ Co smarku, lęk wysokośći? „ – zachrypiał Don Brutto. „Nie... tam gdzieś został mój tatko. On... „ – ogr bez ceregieli mu przerwał – „Słuchaj, mamy ustalony plan działania. Twój starszy wychodził z gorszych opresji i teraz pewnie opija się krasnoludzką gorzałą i strzela na wiwat z największego bombowca. Teraz mamy co innego na głowie. Czas cię przygotować na powrót ojca... jeżeli wróci” – dodał niesłyszalnym dla byka szeptem.
_________________ Jak powstaje pomnik?
1.Mały model
2.odlew
3.Obróbka dłutem
4.Gładzenie
5.Odsłonięcie
6.Przemówienie
7.Kolacja
Jak powstaje człowiek? - odwrotnie.